Szukaj na tym blogu

niedziela, 30 września 2012

Sokół poskromiony przez AZS UW

Do trzech razy sztuka. Dokładnie tylu meczów potrzebowali piłkarze ręczni AZS UW, żeby odnieść swoje pierwsze zwycięstwo. Nie udało się z Legionowem, nie wyszło z SMS Gdańsk. Komplet punktów udało zdobyć się w meczu z Vetrex Sokołem Kościerzyna wygrywając 29:24. Można powiedzieć, że punkty przyszły w samą porę. 

Pierwsza połowa nie zapowiadała, iż wynik może być tak wysoki. Mecz był bardziej ciekawy dla miłośników catenaccio w piłce ręcznej niż ofensywnej gry. Oba zespoły broniły szczelnie ale już nie rzucały celnie. W 26 minucie I połowy na tablicy, wynik wskazywał zaledwie 9:8 dla UW. Na szczęście dla gospodarzy kolejne gole Artura Bożka, Bartosza Monikowskiego i ponownie Bożka pozwoliły odskoczyć na 12:8. Ostatecznie pierwsza część gry zakończyła się rezultatem 13:9. Drugą odsłonę od gola zaczynają goście ale po chwili Łukasz Wolski przywraca czterobramkową różnicę. AZS między 21 a 28 minutą meczu ustalił sobie zwycięstwo rzucając 8 goli i tracąc w tym czasie jeden. Wcześniej zawodnicy walczyli ofiarnie, niestety mieli dużo pecha. Potrafili rzucić się w walce po piłkę na parkiet by po chwili nie wykorzystać akcji sam na sam, trafić w poprzeczkę, w bramkarza lub nad bramkę.  
Kibice gości z województwa pomorskiego głośno cieszyli się z każdego, bo jak wiadomo małe rzeczy cieszą. Najwięcej powodów do zadowolenia mieli w końcowej fazie. Po błędzie gdy na parkiecie pojawiła się za duża liczba zawodników Sokół musiał grać w osłabieniu i ... o dziwo bardzo dobrze sobie radził zdobywając 3 gole. Może to powinna być taktyka na następny mecz?
Najwięcej punktów (bo po 7) w zespole AZS UW zdobyli Łukasz Nowak oraz Artur Bożek. Ten ostatni zresztą obchodził urodziny, więc po meczu koledzy z drużyny podrzucając go do góry odśpiewali mu sto lat... w domyśle pewnie życząc co najmniej też stu goli.  

Rozmowa z Bartoszem Monikowskim zawodnikiem AZS UW 

R.Z.: W ubiegłym sezonie w hali przy Banacha, przegraliście z  Vetrex Sokołem Kościerzyna w dziwny sposób. Zostaliście ukarani walkowerem za to, że medyk spóźnił się 20 minut do Centrum Sportu UW. Nie było w tym waszej winy, oba zespoły były gotowe do gry. Goście wykorzystali bardzo skrupulatnie przepisy. Chcieliście im teraz odebrać tamte punkty?

B.M.: Na pewno wtedy to była nieciekawa sytuacja. On wtedy nie dotarł na mecz, mogli po 15 minutach pojechać do domu i tak zrobili. Nam się to trochę nie podobało bo wiadomo można przegrać na boisku ale nie przy stoliku. Dlatego na pewno chcieliśmy im coś pokazać chociaż nie było w tym żadnego chamstwa. Po prostu po tych dwóch przegranych spotkaniach potrzebowaliśmy tego zwycięstwa i dzięki Bogu.

R.Z.:  W pierwszej połowie oba zespoły skupiły się bardziej na obronie, goli było mało. To wynikało z taktyki na ten mecz żeby najpierw myśleć o bronieniu a później o atakowaniu? Drugie sprawa że już jak atakowaliście to mieliście sporo pecha pod bramką rywali. 

B.M.: W pierwszej połowie graliśmy bardzo fajnie w obronie. W ataku było gorzej, bo pierwsza bramka padła w piątej minucie. Nie mogliśmy wykończyć akcji. Czegoś nam w tych akcjach ofensywnych. W szatni porozmawialiśmy o tym właśnie że gramy dobrze w obronie i że na pewno będziemy wyprowadzali jakieś kontry i trzeba podchodzić z chłodną głową do rzutu , żeby nie panikować. Tak się udało, że odjechaliśmy. 

R.Z.: Wiem, że to dopiero początek ligi, ale czy już sami przed sobą czuliście, że jeśli przegracie trzeci mecz z rzędu  to może wytwarzać się jakaś presja? Już nie mówię o relacjach trenerzy - zawodnicy ale sami między sobą w drużynie.   

B.M.:  Już o tym myśleliśmy po za trenerami , że coś jest nie tak. No ... ok odeszło paru chłopaków, ale też paru przyszło m.in Artur Bożek, który miał urodziny zagrał bardzo fajne zawody. Adam Waśko, wrócił na stare śmieci do Warszawy, więc nie uważaliśmy, że ten zespół jest gorszy. Z Legionowem przyjmowaliśmy, że możemy przegrać ale nie w takim stylu, z SMS nie zakładaliśmy że przegramy a przegraliśmy. Brakowało nam tego zwycięstwa Z SMS to bramkarz im wygrał mecz bo miał ponad 60 procent skuteczności, więc można powiedzieć, że to my w niego trafialiśmy, chociaż można powiedzieć, że to dobry bramkarz ,ale czegoś nam brakowało w tym ataku. Myślę, że dzięki temu zwycięstwu się przełamiemy i zaczniemy zdobywać punkty.    

.

      



Zatopione rezerwy Arki

W trzeciej kolejce I ligi rugby, na boisko przy Wawelskiej przyjechały rezerwy Arki Gdynia żeby zagrać ze Skrą. Kilka osób zastanawiało się czy przyjadą? W zeszłym sezonie bowiem oddali mecz walkowerem a i tym razem pierwszy zespół grał ważny mecz w Łodzi więc istniało pewne ryzyko. Jednak kiedy na boisku pojawili się zawodnicy w żółto niebieskich koszulkach pewne było, że obejrzymy 80 minut zmagań rugby.

Skra chciała zrewanżować się za porażkę z ubiegłego sezonu na wyjeździe, kiedy to na Stadionie Narodowym w Gdyni przegrali 15:19. Swoje wysokie aspiracje pokazali już na początku spotkania, kiedy to po ładnej akcji przyłożenie na 5-0 zdobył Maciej Matusewicz. Nie udało jednak się podwyższyć. Na moment gra się wyrównała w środku boiska, jednak szala znów zaczęła przechylać na stronę Skry. Gospodarze mieli dwie akcje biegowe, które pachniały punktami jednak w ostatnim momencie zawodnicy byli powstrzymywani przez Arkowców. Co się odwlecze..., jak mówi stare przysłowie. Nie udało się szybkim zawodnikom po długich rajdach, więc z bliska po walce przyłożenie zdobył Jędrek Iwaszkiewicz. Drugie podwyższenie również było nie udane, bo Skra nie miała podstawki, więc jedna osoba ze sztabu musiała wykonać kurs do szatni, gdyż kolejne przyłożenia były pewne. Ostatnie punkty w pierwszej połowie Skra zdobyła po molu autowym.i wynikiem 15-0 skończyła się pierwsza połowa, gdyż podwyższenie i tym razem było nie udane. 
W drugiej połowie worek z punktami rozwiązał się ale w grę Skry wdało się też trochę chaosu. Może to piękna pogoda wpłynęła na brak koncentracji. "Popełnialiśmy dużo błędów takich, które kompromitują nas. Gdyby była tu lepsza drużyna to by nas zmietli." - powiedział po meczu Tomasz Borowski trener Skry - "Gdyby była większa determinacja w tyłach, koncentracja przy podaniach, to mogliśmy tu wygrać nawet z 80:0. Musimy wszędzie grać "na maksa" bo nad nami nikt się nie lituje, nawet własne Miasto".
Najbardziej było to widoczne w ostatniej akcji meczu przy wyniku 50:0, gdy zespół szedł z atakiem po pewne punkty i był już kilka metrów od pola rywali to jednak zawodnik nonszalancko chciał podać piłkę koledze, stracił ją i ... sędzia zakończył mecz.
"Problemem jest to, że nikt tu nie dostaje żadnych pieniędzy, wszystko kupujemy samy, ledwo ciułamy na wyjazdy obiady. Prawda jest taka, że w każdym sporcie przydało by się trochę pieniędzy. Najlepszym przykładem są Siedlce - beniaminek Ekstraligi, w tym roku awansowali a teraz leją  wszystkich. Tam z tego co ja słyszałem płaci się nawet kadetom za treningi i to troszeczkę mobilizuje. A u nas w drużynie są studenci na głowie mają naukę, ale trzeba grać i robić swoje" - mówi zawodnik Skry Kacper Banasiak 
Co do rezerw Arki to w tym zespole gra dwóch zawodników z doświadczeniem reprezentacyjnym. Na tym poziomie nie grał żaden zawodnik Skry więc to nie był prosty przeciwnik. Na pewno będą oni groźniejsi u siebie, kiedy wzmocnieni zostaną trzema-czterema zawodnikami z pierwszego składu, jak to miało miejsce w rundzie wiosennej.
  
 






sobota, 29 września 2012

Hokejowa Legia rozpoczyna sezon

Hokeiści Legii zainaugurowali sezon w pierwszej lidze, co już można uznać za zwycięstwo. Po problemach finansowych klub miał zniknąć z hokejowej mapy Polski. Jednak wciąż trwa wielka mobilizacja by uratować trzynastokrotnego Mistrza naszego kraju. Sportowo i organizacyjnie jest jeszcze nad czym pracować. Pierwszy pojedynek na Torwarze z Orlikiem Opole zakończył się porażką 2:5.

Zwyciężyć się nie udało, chociaż Legia prowadziła od 5 minuty meczu. Jakub Kosobucki doskonale znalazł się przed polem karnym i doskonale wykończył mocne podanie kolegi z prawej strony lodowiska.To było tak na prawdę na tyle w tej chaotycznej pierwszej tercji. Druga część przyniosła gola wyrównującego gospodarzom. W 27 minucie z lewej strony uderzył Radosław Nalewajka w samo okienko bramki Legii. Remis utrzymywał się tylko pięć minut. Z doskonalą kontrą wyszedł Karol Wąsiński i w sytuacji sam na sam pokonał bramkarza przyjezdnych. Niestety później gospodarze opadali z sił i coraz więcej miejsca na swoje popisy miał Orlik.  Skutkowało to kolejnymi golami. Drugą tercję goście wygrali 3-1. Trzecią natomiast 3-0. Goli mogło być więcej ale dobre zawody w bramce rozgrywał Michał Strąk.
Chociaż Legia rozpoczęła sezon to jednak dalej stąpa po cienkim lodzie, licząc każdy grosz, licząc na wsparcie każdego kibica kupującego karnet a przed nimi długi sezon.
Nalewajka  
Rozmowa z trenerem Legii Lubomirem Witoszkiem: 

R.Z.: Czemu nie udało się doprowadzić tego zwycięstwa do końca meczu?
L.W.: Na pewno wyszedł nasz brak ogrania, bo jest to nasz pierwszy mecz. Jesteśmy dopiero po ośmiu treningach. Część z nas normalnie nie trenowała a graliśmy przeciwko drużynie, która latem przepracowała normalny okres przygotowawczy. To może być z jeden powodów porażki. Inny to brak dyscypliny u niektórych zawodników, mamy szeroką kadrę więc postaramy się to naprawić do następnego meczu. Ale były też przebłyski. Ten pierwszy mecz to była niewiadoma. Ja nie widziałem wcześniej niektórych chłopców w meczu, po woli ustalamy tą drużynę i pracujemy. Wszystko z czasem będzie lepiej wyglądało i nie pójdzie w niwecz. Chłopcy, chcą, przychodzą, trenują 

R.Z.: Ten mecz rozegrany został jeszcze na takiej euforii ratowania hokeja w Warszawie. Myślał trener co będzie dalej? Jak przyjdą problemy z mobilizacją na treningach, gdy tu żaden z zawodników nie utrzymuje się z grania. Jak utrzymać odpowiedni poziom motywacji? Trener także pracuje w Legii charytatywnie. 

L.W.: Niestety jest taka sytuacja, ja jestem tylko trenerem. Kwestie organizacyjne ustalają bardziej władze klubu  Na pewno byłoby lżej, gdyby był to klub profesjonalnie prowadzony, za kilka kar, które chłopcy dostali w czasie meczu od nas dostali by jakieś finansowe kary. Ja mam nadzieję, że tu chłopcy są tak zmotywowani i od początku wiedzieli dokąd idą, że nie będzie żadnych problemów. Mamy  szeroką kadrę 30 zawodników. Jeśli ktoś nie wytrzyma tej sytuacji to grać będzie ktoś inny.  

R.Z.: Kadra Legii jest liczna. Wrócili dawni zawodnicy jak: Gabriel Połącarz i Jakub Kosobucki. Są też nowi gracze jak Mateusz Solon czy Ilya Veche. Czy będą jeszcze jacyś nowi zawodnicy? 

L.W.: Ta drużyna jest nowa. Połowa chłopców a właściwie 2/3 ja widziałem pierwszy raz w meczu.Będą jeszcze wzmocnienia, które kończymy załatwiać pod względami prawnymi. Na pewno te transfery i praca na treningach sprawią, że będziemy grali lepiej.

 
 



niedziela, 23 września 2012

"Wolałbym, żeby ten Memoriał się nie odbył" - wywiad z Robertem Strzałkowskim, trenerem Imtech AZS Politechniki Warszawskiej

W hali przy ulicy Banacha rozegrano I Memoriał im. Krzysztofa Kowalczyka w siatkówce kobiet. Do rywalizacji staneło osiem zespołów w tym: Imtech AZS Politechnika Warszawska, Sparta Warszawa i AZS AWF UKSW Warszawa. Zapraszam na wywiad z trenerem Politechniki Warszawskiej Robertem Strzałkowskim, który był asystentem trenera Kowalczyka w męskiej drużynie "Inżynierów". 

R.Z.: Jakie to uczucie brać udział w memoriale trenera, którego było się asystentem? Ja widząc plakaty trenera Krzysztofa Kowalczyka i pamiętając, że miałem okazję go poznać w relacjach trener - dziennikarz, czułem się jakoś nieswojo.

R.S.: Tak na dobrą sprawę to bym chciał, żeby memoriał nigdy się nie musiał odbyć. Ja wiem, że impreza imprezą, możliwość konfrontacji z innymi drużynami ale to wielka szkoda, że trenera Kowalczyka nie ma już z nami. Inicjatywa była taka, żeby przyjechały drużyny propagować fajną grę. Wyniki wynikami. Wszyscy chwalą sobie dobrą organizację, więc i my jesteśmy zadowoleni. Chociaż tak jak mówiłem wolałbym, żeby ten memoriał się nie odbył. 

R.Z.: Mogę nazwać Ciebie uczniem trenera Kowalczyka? Co w swojej pracy trenerskiej wykorzystujesz z doświadczeń nabytych z czasu współpracy z trenerem Kowalczykiem. 

R.S.: Trafiłem do Politechniki mając 22 lata, więc byłem żółtodziobem. Od trenera Kowalczyka nauczyłem się totalnie wszystkiego. I staram się dziewczynom zaszczepić to co Krzysztof Kowalczyk nam powtarzał na każdym meczu. Czyli to co jest napisane m.in na plakatach, że " można z nami wygrać ale nie można nas pokonać". Tak więc w ten sposób pracuję z dziewczynami, bo sfera psychiki nie tylko u kobiet ale generalnie w sporcie jest bardzo ważna. Zwłaszcza na poziomie drugiej ligi,  gdzie pieniądze nie są wielkie, tu głowa, zaangażowanie to jest podstawa czegokolwiek.

R.Z.: W turnieju zajęliście siódme miejsce, grając chyba najmłodszym składem biorącym udział w Memoriale. Co prawda do startu ligi jeszcze miesiąc ale czy będziecie w stanie w tym sezonie walczyć o pierwszą ligę? 

R.S.:  Ten turniej i mecze z Siódemką Legionowo występującą w Orlen Lidze ( najwyższa klasa rozgrywkowa -przyp RZ) i pierwszoligową Spartą Warszawa pokazują, że ten Memoriał nie był nudny. Nikt tu nikomu punktów nie oddawał za darmo. Wyższa liga jest oczywiście w naszym zasięgu. Kwestia tylko tego jak my się spiszemy, bo jeszcze kilka innych zespołów chce awansować a są tylko dwa miejsca na czterdzieści parę drużyn.

R.Z.: I Memoriał Krzysztofa Kowalczyka dopiero co się dla Ciebie zakończył, czy już myślisz o następnej edycji?   

R.S.: Chcemy zrobić turniej męski i żeński jednocześnie na dwóch halach. Nasze plany są takie żeby połączyć to jakoś z Mistrzostwami Polski AZS, byłaby to największa impreza tego typu w Polsce, na pewno na 16 drużyn. Jest też pomysł żeby zrobić na przełomie maja i czerwca  edycję juniorską, ponieważ trener Kowalczyk zajmował się młodymi graczami m.in Metra i MOS Wola.  
 

sobota, 22 września 2012

Skra pokonuje w derbach Frogs

Sympatycy rugby w Warszawie doczekali się derbowego pojedynku o punkty. Na zapleczu Ekstraligi, nowa drużyna Frogs & Co Warszawa rywalizowała się ze Skrą. "Frogsi" swoje spotkania rozgrywają boisku przy Wawelskiej, więc dla "Skrzaków" był to najkrótszy mecz wyjazdowy z możliwych. Trener "gości" Tomasz Borowski z uśmiechem powiedział, że na placu rywala czują się dobrze. Na tyle dobrze, że wygrali 32:18.  

Frogs & Co to drużyna założona przez francuzów, którzy pracują w Warszawie i kiedyś grali w swojej ojczyźnie w rugby. Brakowało im gry jajowatą piłką po zamieszkaniu u nas, więc założyli drużynę i spotykali się w parkach, trenowali dla siebie, startowali czasem w jakiś turniejach. Z czasem sami zaczęli organizować turniej Warsaw 10. Wszystko miało jednak bardziej charakter towarzyski, połączony z miłością do rugby i .. piwa. Dołączali do nich kolejni pracujący w Polsce obcokrajowcy m.in z Irlandii, Anglii, Szkocji, Walii i innych krajów, gdzie rugby jest bardzo popularne. Nie było to jednak od tak sobie rzucanie piłką. " Oni grać w rugby potrafią, mają dwóch zawodników, którzy grali w Irlandii w lidze zawodowej. Daj Boże żeby jakiś nasz zawodnik grał na takim poziomie" - powiedział o rywalach Tomasz Borowski - "Oni jednostkowo o rugby wiedzą wszystko, tam nawet gra brat mistrz Francji sprzed dwoch lat, tak więc do takiego rywala trzeba podejść z pokorą". Z czasem Frogs zgłosili się do II ligi , którą wygrali w cuglach.
Limit pokory do rywali, Skrze szybko się wyczerpał. Około 10 minuty, doskonała biegową akcję przeprowadził zawodnik z numerem 15. Wykonał dobrą pracę bez piłki, obiegł kolegę pokonując z 20 metrów, krzyknął mu, że nadbiega. W tempo dostał podanie i rozpędzonego nie mógł go już nikt zatrzymać. Pewnie podwyższył Grefkowicz grający z 11 na plecach, który tego dnia miał trochę pracy na boisku. Szybko Frogsi mogli odrobić straty jednak nie wykorzystali karnego na przeciwko słupów. W zamian za to zawodnik z numerem 10 wykorzystał po chwili błąd gracza Frogs przy przyjmowaniu piłki. Musiał wykorzystać ten prezent, zagrał nogą przodu na dobieg, dogonił piłkę i zdobył punkty. Po raz kolejny prawie z tego samego miejsca co wcześniej podwyższył Grefkowicz. Było już 15:0. Skra głośno motywowała się, żeby nie spuszczać z tonu, żeby nie patrzeć na wynik tylko grać na połowie gospodarzy, jednak nadziali się na kontrę którą wykorzystał szybki skrzydłowy Frogsów i zdobył przyłożenie. Z ławki rezerwowych gospodarzy wydarł się okrzyk z refrenu znanej piosenki " Who let the dogs out?". Ciekawe świętowanie punktów. Potwierdziły się słowa trenera Borowskiego, że "Żabki" to nie przypadkowa ekipa, która zbiera się tylko "haratać w gałę" są ale ludzie którzy wiedzą o co chodzi w rugby .Gospodarze jeszcze udanie podwyższyli i wydawało się, że złapali wiatr w żagle. Punkty jednak dalej zdobyli goście grający na własnym boisku czyli Skra i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 21-7.
Druga część spotkania nie była już tak ciekawa jak pierwsza, może oprócz tego, że stała się trochę ostrzejsza. Przestał też padać deszcz.. Już nie było tylu widowiskowych szarż, teraz więcej było zwarć i przepychania się oraz dwa wykluczenia dla Skry. W drużynie Frogsów wyróżniali się natomiast zawodnicy z numerami 12 i 6 - widać, że to oni głównie ciągnęli grę gospodarzy. Może przesadzę ale uważam, że jeśli trenowaliby pięć a nie trzy razy w tygodniu  to są to ludzie na poziomie reprezentacji Polski.  Ostatecznie spotkanie skończyło się zwycięstwem Skry 38:18. Po meczu trener gości nie był zadowolony " Górowaliśmy nad nimi umiejętnością lepszego biegania, natomiast smuci mnie to, że oni lepiej grali w rugby, mieli lepsze przegrupowania i tracili mniej piłek"- powiedział trener Tomasz Borowski - "Druga rzecz to my robiliśmy zmiany, daliśmy pograć drugiej 9-tce. Po za tym dwie kartki mocno problematyczne moim zdaniem. W drugiej połowie ewidentnie im pomagał, nie wiem czy mnie osobiście nie lubi czy coś. Natomiast nie uznał nam karnej piątki, gdzie było podcięcie i popchnięcie, wszyscy to widzieli. W drugiej połowie punkty traciliśmy grając w osłabieniu ale cóż taka jest liga raz nam wychodzi pierwsza połowa, raz druga. W następnym meczu to poprawimy i wydaje mi się, że będzie dobrze" - dodaje szkoleniowiec Skry.  
Dziś w Trójmieście rozgrywane były derby pomiędzy Lechią a Arką na PGE Arenie, podobno było około 13 tysięcy kibiców. Wiadomo, że jest to Ekstraliga i wyższy poziom ale raportuje, że na derbach piętro niżej, przy ulicy Wawelskiej na stadionie Skry kibiców było około 130 kibiców. Tylko czy aż tylu?

     

    

 

czwartek, 20 września 2012

Gran i filigran derby

Derby to coś szczególnego. Podobno "zawsze rządzą się  swoimi prawami". W mediach zapowiedzi derbów zawsze odwołują się do wątków batalistycznych ( wojen, krucjat, bitew itd). Zawodnicy zawsze zarzekają się, że jest to dla nich szczególny mecz (choć jakiejś ostrej wypowiedzi, że jesteśmy od jednych albo od drugich lepsi dawno nie słyszałem). Na trybunach z tymi emocjami również bywało różnie. Najczęściej, bowiem tylko jedna ekipa mogła dopingować swój zespół. Ja przytoczę dwa mecze między Legią i Polonią, które zapadły mi w pamięci. 

Pierwszy mecz to Polonia - Legia w 2010 roku zakończony zwycięstwem gospodarzy 3:0. Legia do tego spotkania podchodziła w roli faworyta. Po letnich zakupach: Cabral, Mezenga, Manu, Antolović, Kneżević- to miała być ekipa, która rozgromi wszystkich w naszej lidze. Pod wodzą trenera Macieja Skorży, Legia miała za sobą już udany mecz (show) z Arsenalem Londyn, gdzie " Wojskowi" zagrali całkiem ładne zawody. Argentyńczyk Cabral grał jak zawodnik z innej planety - miał być generałem a w trakcie sezonu okazało się, że to Kapral.  Na mecz z Polonią nie udało się zgłosić Brazylijczyka Bruno Mezengi i choć kolejne mecze pokazały iż z talentami grającymi na Copacabana ma on wspólnego jedno słowo... piach, to jednak było to spore niedopatrzenie ze strony Legii. Zwłaszcza, że mecz z Polonią był rozgrywany w ramach 2 kolejki. Jednak Ekstraklasa poszła "Wojskowym" na rękę dla otwarcia stadionu i przełożyła mecz z Cracovią. Tak więc prawdziwe otwarcie sezonu wypadło na mecz z "Czarnymi Koszulami" za sterami których stał jeszcze Jose Bakero.W drużynie Adrian Mierzejewski, Ebi Smolarek,Marcelo, Bruno, oraz Piątek i Gołębiewski( którzy jeszcze są na Konwiktorskiej). Mecz rozpoczął się faktycznie od ataków ze strony Legii, dwie akcjie miał "król wiatru" Manu, ale później grała już Polonia. Wszystko miała bardziej poukładane. Legia za to grała po omacku, a na szpicy w swojej chaotycznej grze uwikłany był Chinyama. Pierwszy gol dla Polonii to strzał z dystansu Bruno Coutinho. Drugi to akcja Piątka, który bez trudu dośrodkowuje z prawej strony w pole karne na piąty metr a Ebi Smolarek rzuca się szczupakiem, ubiega obrońcę i strzela gola. Ostatnie trafienie zdobył Mierzejewski lobując Antolovicia po kontrze.
Po meczu żaden z Legionistów nie chciał z dziennikarzami rozmawiać. I to nie tylko ze mną dla TVN Warszawa ale i dla kolegów z TVP Warszawa, czy nSport a zwłaszcza Canal Plus, którzy prowadzili transmisje na żywo. Podobno po raz pierwszy zawodnicy przegranego zespołu odmówili wtedy C+ rozmowy przed kamerami. Wszyscy Legioniści w zielonych koszulkach ze wzrokiem wbitym w ziemie zniknęli w tunelu. Słyszałem, że to trener Skorża po przegranych meczach zabronił im rozmawiać z mediami.Nie oczekiwałem przecież prawy objawionej, wystarcza w takich chwilach "Przepraszamy kibiców, postaramy się w następnym meczu". Jednak nie, uciec najłatwiej. W tym jednak momencie straciłem szacunek dla nich, bo jeśli ktoś nie umie przegrywać to co z niego za sportowiec. Co do szkoleniowca to spóźniał się konferencję a gdy już przyszedł to oczy miał jakby już po pierwszym meczu miał w oczach nokaut. Tamte derby wyleczyły mnie z naszej piłki nożnej. Bo choć dalej wolę nasze rozgrywki od Ligi Mistrzów to jednak trzeba mieć trochę dystansu do tego co się robi.
To przydało mi się podczas innych derbów Legia - Polonia rozgrywanych tym roku na Łazienkowskiej. Rezultat 0:0. Na przeciwko siebie trenerzy Skorża i Zieliński. I choć był to chyba luty czy początek marca to nie musiałem siedzieć na trybunach tylko w byłem loży, jadłem dobre jedzenie, to i tak nie mogłem wytrzymać. Mecz był tak słaby to znaczy inaczej... piłka była na wysokim poziomie, bo cały czas "długa" była grana.  Wytrzymałem tylko do końca pierwszej połowy i po raz pierwszy w swoim życiu wyszedłem ze spotkania i ostatnie minuty meczu zobaczyłem w TV w domu i nie żałowałem że opuściłem ten spektakl.
W tym roku wybieram się na derby... ale w sobotę na stadion Skry w rugby, gdzie Frogs & Co zagrają ze Skrą . Początek meczu o 13.

            
   

wtorek, 18 września 2012

Jak Grom z jasnego nieba!

foto: Robert Sędzik
Grom to elitarna jednostka wojskowa, która wchodzi na pole bitwy i gromi wszystkich. Grom Warszawa natomiast to nie mniej elitarna ekipa przyjaciół grająca w mało znany jeszcze w Polsce - lacrosse. Próbują jednak propagować dyscyplinę, którą uprawiają i za to gromkie brawa. Ich bronią jest zakrzywiony kij ( z francuskiego la crosse), który na pozór przypomina siatkę do łapania motyli. Jednak z sielanką, siatką, motylami i łąką Lacrosse nie ma nic wspólnego. To raczej twarda gra, gdzie trzeba mieć sporo kondycji i wiadro siły. Najbardziej znany jest w USA i Kanadzie (skąd pochodzi). Skąd jednak drużyna w Warszawie?

Prawdopodobnie w Polsce Lacrosse pojawił się w 2006 roku. W Krakowie rozegrano wtedy pierwsze mecze, ale były jeszcze jeszcze pierwsze próby. Spotkania rozgrywane były własnoręcznie wykonanymi kijami oraz rozgrywano je na indiańskich zasadach. Warto dodać w tym miejscu, że lax jest grą wymyślaną właśnie przez rdzennych mieszkańców Ameryki.
Pierwszą drużyną w naszym kraju byli  Poznań Hussars, którzy powstali w 2007 roku. Następni byli Kosynierzy Wrocław, którzy zaczęli działalność w marcu 2008 roku. W sierpniu tego samego roku powstał Grom. Inicjatorem założenia drużyny był Karol Dubrawski. Do niego dołączali następni jak np. Piotr Stelmach, który lacrosse zobaczył w... telewizji. " Pierwsze treningi odbywały się na Polach Mokotowskich, pierwszy sprzęt został nam udostępniony przez Europejską Federację" - wspomina początki Remi Majda z Grom Warszawa - " Otrzymaliśmy 10 podstawowych kompletów sprzętu treningowego. Co do tego, jak wyglądały treningi, szczerze mówiąc nikt nie wiedział co ma robić, kilku pasjonatów wymieniało podania, z czasem dołączali do nich ciekawscy przechodnie, w tym chyba trzech Amerykanów, którzy grali w laxa u siebie. Jeden z Nich, Glen Gregory, właściciel pobliskiej kawiarni, przez długi czas był naszym trenerem, obecnie niestety jest kontuzjowany.- dodaje Majda. 
foto: Robert Sędzik
Od kilku początkowych fascynatów, dziś kadra zespołu rozrosła się do trzydziestu osób. Wpływa to na konkurencję o miejsce w składzie. W ramach zasad dodam, że w lacrosse gra się po 10 a zmiany są "hokejowe". Zespół cały czas  szuka nowych zawodników " Nasze treningi są otwarte dla wszystkich, wystarczy podesłać maila, czy zagadnąć nas na fb i można wpadać, sprzęt dla nowych graczy zawsze się znajdzie. Jest to sport dla każdego. Dla każdego zaangażowanego i chętnego do nauki pozycja na boisku dla niego zawsze się znajdzie - mówi Remi Majda. Zajęcia prowadzone są w czwartki i niedziele. Jeśli już ktoś złapie bakcyla i będzie chciał kupić sobie swój sprzęt musi liczyć się z wydatkiem rzędu tysiąca złotych. Grom ma też ogromne problemy co od wynajmy boiska. Z informacji które dostałem muszą płacić normalnie po kosztach komercyjnych (300 zł) , a do tego czasami nie które boiska nie chcą ich u siebie gościć. "Jak każdy sport poza piłką nożną jesteśmy traktowani po macoszemu. W większości przypadków, gdy próbujemy zorganizować boiska na treningi słyszymy, że "boiska do piłki nożnej są do piłki nożnej". Nie jest tak jednak wszędzie. Białołęcki Ośrodek Sportu bardzo chętnie udostępnia nam boisko na Picassa na mecze, a również czasami na treningi" - kończy Majda.
Mimo kilku problemów Grom to prawdziwy pasjonaci tej kontaktowej gry i pasjonaci sportu w ogóle. Nie czekają z założonymi rękami tylko biorą sprawy w swoje ręce, chodzą po szkołach, biorą udział w piknikach sportowych ( mecz USA vs Europa),  i różnych imprezach związanych ze sportem amerykańskim. Będą także w nowym teledysku rapera Flinta, współpracują z Polskim Stowarzyszenie Przyjaciół Indian. Projektów mają tych naprawdę od groma!
Najbliższe mecze ligowe u siebie grają 10 i 17 listopada z drużynami z Krakowa i  Poznania ( o miejscu jeszcze poinformuje). Warto przyjść, kibicować i liczyć na poGrom rywali!

Pokaz Grom na Stadionie Narodowym

Lacrosse Highligts


 







  

sobota, 15 września 2012

AZS UW przegrywa derby Mazowsza

Dawno nie miałem okazji emocjonować się derbowym pojedynkiem w piłce ręcznej w Warszawie. Po upadkach Warszawianki, Politechniki, AZS AWF, na zapleczu Ekstraligi barw stołecznego szczypiorniaka broni jedynie AZS Uniwersytet Warszawski. Od niedawna tuż za miedzą wyrósł mu silny konkurent w postaci KPR Legionowo, beniaminek I ligi, który choć jak powiedział II trener Marcin Smolarczyk przed tym spotkaniem nie chcieli robić z siebie faworyta. To chyba w lidze nie jednemu będą mogli nawrzucać... i to bezkarnie. 

Od początku spotkania na prowadzeniu byli goście. Pierwszego gola zdobył Kamil Ciok były zawodnik Warszawianki, który po upadku tego klubu dostał angaż w w Ekstralidze w Nielbie Wągrowiec. Gdy skończył mu się roczny kontrakt wybrał ofertę ... II ligowgo wtedy KPR Legionowo. I teraz ma prowadzić ten zespół do Ekstraklasy choć jak mówi Marcin Smolarczyk II trener zespołu gości "Na razie nie chcemy sobie stawiać żadnych celów" - czyli podejście w stylu Adama Małysza, koncentrujemy się na najbliższym skoku. Goście szybko wcisneli przycisk z napisem odjazd i uciekli na wynik 1:4. AZS nacisnął jednak mocno. Gole Łukasza Nowaka, Bartosza Monikowskiego i Łukasza Wolskiego doprowadziły do jedynego remisu (4:4) w tym meczu po rozpoczęciu gry. Było to w 13 minucie pierwszej połowy. Później dla gospodarzy nie było tak optymistycznie. Rywale systematycznie punktowali, choć tak jeszcze wszystko toczyło się wszystko w atmosferze wyrównanego pojedynku. Grając 6 na 4 AZS UW zdobywa gola na 8:13 jednak po chwili na parkiet wchodzi Mateusz Wiak ( były zawodnik AZS UW) i rzuca na 8:14. Ostatecznie pierwsza połowa kończy się wynikiem 8:15. 
Początek drugiej połowy to dobre wejście zawodników z UW i gole Nowaka, Monikowskiego i Puszkarskiego co zmniejszyło straty na 11:15. Jednak Legionowo w swoich szeregach ma doświadczonych graczy, ogranych na parkietach I ligi i Superligi, którzy nie pozwolili sobie na roztrwonienie przewagi. Na dodatek strata do Legionowa stawała się coraz większa, bramkarz przyjezdnych Tomasz Szałkowski wybronił kilka akcji, poszło kilka kontr i nagle zrobiło się na tablicy w hali Banacha 19:33 ( i nie było to trzy po wpół do dwudziestej). Ostatecznie spotkanie przy gorącym wsparciu kibiców, którzy byli z zespołem do końca meczu,  zakończyło się porażką AZS UW 21:35.
Najwięcej goli dla gospodarzy zdobył Łukasz Nowak (10) a dla gości Tomasz Pomiankiewicz (14). Gospodarze mieli trzy rzuty karne ( wszystkie wykorzystali), z kolej goście  osiem i również byli bezbłędni. Teraz przed AZS UW wyjazdowy mecz z SMS Gdańsk i szansa na pierwsze zwycięstwo.

Po meczu powiedzieli: 

Witold Rzepka trener AZS UW - Przegraliśmy, bo zagralismy słabsze zawody. Niestety taka jest prawda. Muszę oddać drużynie to, że walczyła. Na tyle było nas jednak w tym meczu stać. W ostatnich minutach zrobiła się taka gierka, mieliśmy kilka sytuacji, że piłka mogła wpaść i wynik mógłby lepszy ale nie ma co się oszukiwać przeciwnik był od nas dużo silniejszy. Myślę, że szczególnie skrzydła zawiodły, bo rzuciły tylko dwie bramki a to jest zdecydowanie za mało. Co do samego spotkania to mogło się podobać było w nim dużo walki i na pewno była to dobra promocja piłki ręcznej w Warszawie.

(Marcin Smolarczyk II trener KPR Legionowo) - Myślę, że duże znaczenie w zwycięstwie miała nasza ławka rezerwowych.Gdy wchodzi ktoś to nasza jakość gry się nie pogarsza. My unikamy stawiania siebie w roli faworyta. staramy się grać ładną piłkę ręczną. Myślę, że dziś było kilka takich akcji. My gramy o to żeby ściągać  jak najwięcej kibiców do hali w Legionowie.  
            



Arka zatopiła AZS AWF

Spotkanie pomiędzy AZS AWF a Arką Gdynia było rozgrywane w ramach II kolejki Ekstraligi rugby. Na inaugurację "akademicy" przegrali na wyjeździe z Budowlanymi Łódź 10:62. Arka natomiast pokonała Budowlanych Lublin 61.51. Kto mógł być więc faworytem? Na gości nie wpłynęło negatywnie także półgodzinne spóźnienia (zatrzymały ich korki w Łomiankach). Mecz rozgrywał się do jednych słupów i wygrała Arka aż.. 88:0.

Już na rozgrzewce widać było, że Arka góruje przygotowaniem fizycznym nad AZS AWF. Niby zespoły grają w jednej  lidze ale spotkanie pokazać miało jak wielka dzieli je przepaść. Gdynianie na swoja formę pracują pięć razy w tygodniu, natomiast AZS dwa- trzy z czego nie zawsze jest cały skład. Różnice te było widać i to nie w wielkości bicepsów, klatki czy mięśni nóg tylko w szybkości, zwrotności i kondycji. Do tego AWF do meczu przystąpił bez trzech ważnych zawodników. Czy z nimi by wygrali? Wątpię, ale może udało by się zdobyć jakieś punkty albo przegrać niżej.
Przejdźmy jednak do meczu. Pierwsze minuty były wyrównane, gra toczyła się w środku boiska. AZS bardzo starał się, motywował, nadrabiali braki charakterem. Starczyło tego do około 9 minuty kiedy do zawodnik z Trójmiasta przedarł się lewą stroną boiska, wbiegł między słupy i zdobył pierwsze punkty na 5:0, po chwili było podwyższenie kopnięciem na 7:0. Wynik ten nie utrzymał się za długo, bo z prawej strony boiska zawodnik Gdynian z numerem 14 przeprowadził udaną szarżę zakończoną przyłożeniem. Tak właśnie wyglądała pierwsza połowa. Arka zdobywała punkty nie po jakiś składnych akcjach ale po akcjach biegowych czasem przez pół boiska. Wrzucali nie wiem który bieg i uciekali zawodnikom AZS AWF. Raz tylko gospodarzom udało skasować się efektowny bieg zawodnika Arki praktycznie przez całe boisko. Powstrzymał go ofiarnie tuż przed linią pola punktowego, gra wznawiana była młynem który wygrała Arka, piłka trafiła do jednego z zawodników przyjezdnych, który podwyższył wynik. Co do "akademików" to na zdobycie honorowego przyłożenia  mieli po jednej akcji w pierwszej i drugiej połowie meczu. Jednak za każdym razem po kilku metrach zawodnik biegnący z piłką, biegł z takim przeświadczeniem jakby czekał aż go Arkowcy dogonią i przewrócą. Niestety widać, że musi brakować kondycji. Druga połowa w wykonaniu AZS AWF była jeszcze gorsza. Pierwsze punkty stracili tuż po rozpoczęciu tej części gry. Pod koniec meczu gdy wynik przekroczył 72:0 trener Maciej Misiak wprowadził kilku młodych zawodników, zaczęły się błędy indywidualne i straty. Arka natomiast tylko skutecznie zatapiała AZS AWF. Gdynianie nawet byli na siebie źli jeśli ktoś nie punktował wbiegając między słupy i podwyższać trzeba było z trudnej pozycji. 
Było to tęgie lanie na inaugurację zmagań rugby w tym sezonie w Warszawie. Oby w następnych meczach było lepiej.

Maciej Misiak trener AZS AWF : Arka Gdynia to jest drużyna zawodowa w której zawodnicy grają za pieniądze, natomiast my jesteśmy amatorami także porażka była wkalkulowana w ten sezon. Uważam tylko, że jednak za wysoka., bo mimo powrotu paru dobrych zawodników jak Wojtek Łukasiewicz zagraliśmy zwłaszcza drugą połowę słabo. Mogliśmy się przeciwstawić, mieliśmy kilka akcji punktowych nie przyniosło to rezultatu, ,jednak widząc przewagę atletyczną zawodnicy chyba odpuścili w końcówce i wynik jest jaki jest. My generalnie koncentrujemy się na dole tabeli a takich spotkaniach wychodzi po to żeby uczyć się grać w rugby. Do honorowych punktów myślę, że zabrakło większej wiary w siebie i zdecydowania. Dopóki nie będzie tu warunków chociaż pół zawodowych to wciąż będziemy na tym poziomie na jakim gramy. Inne miasta jakoś weszły w rugby. Przykład choćby Siedlec, gdzie jest stypendium po 1500 zł dla zawodników którzy trenują codziennie,można powiedzieć że jest to drużyna pół zawodowa no i są tego efekty, bo wygrali w pierwszej kolejce z Lechią Gdańsk. Myślę, że w następnych meczach pokażemy na co nas stać. Zauważyłem, że z mocniejszymi ekipami odpuszczamy zawody i są wysokie porażki a z tymi słabszymi jesteśmy w stanie się zmobilizować, walczyć i wygrywać.        

czwartek, 13 września 2012

Ladies Frogs- dziewczyny z charakterem


Warsaw Ladies Frogs
Podobno kobiety łagodzą obyczaje, jeśli jednak ktoś myśli, że rugby w wydaniu kobiet to sport w wersji "light" grubo się myli. Poziomem walki, i zaangażowania można by obdzielić nie jeden mecz panów. Czasem brakuje może techniki, jednak wszystko nadrabiane jest sercem do gry jajowatą piłką. Najdłużej działającą w Warszawie drużyną są Ladies Frogs, czyli dziewczyny z mocnym charakterem. 

W 2010 roku na treningi męskiej drużyny Frogs przyszła pierwsza dziewczyna - Ola Brejnak, która z czasem zaczęła namawiać swoje koleżanki do tego sportu. Jedną z zawodniczek ktora dała się namówić, jest obecna kapitan Aneta Bejm " O rugby nie miałam zielonego pojęcia, dopóki jedna z moich znajomych nie wspomniała w trakcie rozmowy o tworzącej się pierwszej warszawskiej drużynie. Z przekory postanowiłam pójść na trening i tak znalazłam się w szeregach Frogs&Co - 2.5 roku temu. Od tamtej pory nie potrafię się po prostu od tego oderwać(śmiech)" - mówi Aneta. Trenerem zespołu od lutego 2011 roku jest Łukasz Nowosz - zawodnik AZS AWF i były reprezentant Polski. Jak sam mówi praca z kobietami jest trudna, wymaga cierpliwości ale daje dużo satysfakcji. " Trudniej jest zdobyć zaufanie dziewczyn niż mężczyzn, przekonać je do siebie, oraz do tego co się chce by realizowały. Że to jest dla nich dobra a przede wszystkim dla dobra drużyny. Trzeba mieć dużo cierpliwości, bo mylenie stron jest nagminne, no i forma w czasie turnieju bywa zmienna. Dziewczyny potrafią zagrać świetny mecz przeciwko najlepszej ekipie, by za chwilę zagrać bardzo słabo z przeciętną drużyną. Jednak podziwiam je za charakter, bo często mają go więcej niż faceci"- kończy szkoleniowiec.

foto: Leszek Rudnicki
Obecnie Ladies Frogs trenują trzy razy w tygodniu na Skrze. Panie które chcą  spróbować swoich sił w rugby mogą przyjść w poniedziałki alub środy o 19.30 na boisko przy Wawelskiej. Wśród zawodniczek "Żabek" są lub były : ex koszykarki, piłkarki nożne, lekko atletki  oraz... tancerki. To właśnie kapitan zespołu Aneta Bejm kiedyś zajmowała się tańcem. Jak reagują znajomi na tak drastyczne przestawienie kierunku swojej przygody ze sportem? " Z uwagi na fakt, iż jestem "emerytowaną" tancerką o posturze dość dalekiej od wyobrażeń zawodniczki rugby to  "niedowierzanie" jest delikatnym określeniem każdej pierwszej reakcji (śmiech). Natomiast jak to bywa z każdym wyobrażeniem rzeczywistość jest dużo bardziej przyjazna i pokazuje, że każda przekorna i posiadająca charakter dziewczyna może z sukcesem i radością uprawiać ten sport. Przyjaciele i rodzina już przestali zniechęcać mnie do tej aktywności widząc, że stała się moją pasją - myślę, że podobnie reagują bliscy moich Koleżanek widząc i poznając piękno samego sportu i tradycję, która się z nim wiąże. Reakcja mężczyzn różnorodna.(śmiech). Od strachu po śmiech, ale po zobaczeniu nas w akcji najczęściej pojawia się szacunek i o to w tym chodzi - poza boiskiem nie przepychamy przecież ludzi w metrze (śmiech)" - kończy kapitan.  

foto: Leszek Rudnicki
W  trwającym sezonie, na półmetku rozgrywek, po trzech turniejach kobiecego Rugby 7,  Ladies Frogs zajmują piąte miejsce na osiem zespołów.  Ciężko będzie powtórzyć sukces z ubiegłego roku, kiedy debiutujące w rozgrywkach dziewczyny zdobyły srebrny medal. Niestety teraz mają kilka problemów z którymi muszą walczyć nie tylko na boisku.
Rugby kobiet istnieje w Polsce od około 10 lat, na szczeblu centralnym gra w ten sport około stu zawodniczek. Główne ośrodki to Trójmiasto a zwłaszcza Ladies Lechia Gdańsk. Powstają jednak nowe ośrodki. W stolicy jest jeszcze jedna drużyna rugby kobiet - Syrenki Warszawa, która powstała w marcu tego roku. Pozostaje liczyć na rozwój tego klubu oraz całego sportu i kiedyś "jajowate" derby Pań.


Ladies Frogs foto: Aneta Bejm

wtorek, 11 września 2012

Świt wstał dla Sarmaty

W II rundzie Pucharu Polski na szczeblu Mazowieckim Sarmata zmierzyła się ze Świtem. Gospodarzem spotkania teoretycznie był zespół z Woli jednak od kilku lat nie posiada już on swojego stadionu przy ulicy Wolskiej 77 i mecze ligowe " u siebie" rozgrywa w Zielonkach, dlatego też aby uniknąć wyjazdu po za Warszawę rozegrano spotkanie na boisku rywala. Faworytem był GKS Świt... jednak po meczu jeden z zawodników tej drużyny był tak wkur.. wkurzony, że nie pamiętał nawet kto zdobył dla nich pierwszego gola. Przejdźmy jednak do rzeczy. 

Sarmata to jeden z najstarszych warszawskich klubów, którego korzenie głęboko związane są z Wolą. Założona została w 1921 roku. W roku 2000 tereny Sarmaty zostały sprzedane zakładom Vis Warszawa a pieć lat później hiszpańskiemu inwestorowi. W tym czasie działalność klub została zawieszona ale na szczęście dla dzielnicy reaktywowano ją w 2010 roku. W ubiegłym sezonie Sarmata awansowała do "Serie A" czyli A klasy. Teraz w Pucharze Polski rywalizowała z grającym w "Okręgówce" GKS Świtem (rok założenia 1923). Zespól z Jelonek nigdy nie grał wysoko, zawsze krążac gdzieś między IV ligą a okręgówką. Mimo to wszystko goście choć grający na własnym boisku byli faworytem. 
Szybko, bo już chyba w drugiej minucie sprowadził ich na ziemię grający z numerem 15 Bartosz Sikorski, który dostał piłkę około 35 metrów od bramki, będąc na wprost niej, zobaczył wysuniętego bramkarza rywali i zdecydowała się na pięknego loba. Zresztą Łukasz Grzegorzewski broniący w Świcie w pierwszej połowie popełnił kilka błędów a nawet wiel-błądów. Nawet na rozgrzewce było widać że łapie tak od niechcenia. Chyba zlekceważył przeciwnika. A Sarmata pokazała, że przyjechała tu walczyć o życie. Swoje braki kondycyjne ( kilka brzuszków u Sarmatów jest) nadrabiali walką i ambicją. W 15 minucie, jednak nie umieli zatrzymać Mariusza Fiuka, który znalazł się z lewej strony pola karnego i uderzył piłke mocno, ta chyba przeszła pod bramkarzem Sarmaty i wzbiła się jeszcze do góry i wpadła do bramki. Mieliśmy drugi tego dnia remis ( po rozpoczynajacym 0:0) ale nie ostatni.  Świt zaczał budzić się na boisku do gry. Bardzo dobre prostopadle podanie, zawodnicy Sarmaty chcili złapać na spalonym rywali jednak Ci byli we właściwym miejscu i nie dali się nabrać. Zawodnik gości w zołtej koszulce pomknąl więc sam na sam z bramkarzem a obrońcy sarmaty nie pozostało więc nic innego jak faulować. Jakieś dwa metry przed polem karnym. Kara mogła być jedna - czerwona kartka dla obrońcy z numerem 14.  Rzutu wolnego jednak zawodnicy GKS nie zamienili w żadną ciekawą sytuację. 
Druga połowa zaczęła się od ataku zespołu z Jelonek. W 50 minucie napastnik Świtu, w prawym rogu pola karnego uderzał w długi róg i piłka tylko o milimetry minęła bramkę Sarmaty. Po chwili z tego samego miejsca inny gracz zdecydował się na strzał jednak piłka powędrowała nad poprzeczką. W odpowiedzi Robert Górski sam na sam z bramkarzem Świtu strzelił w długi róg ale minimalnie niecelnie. Jak na ten poziom rozgrywek to emocji dużo ale najlepsze przed nami. W ok 65 minucie drugiej połowy Sarmata przeprowadza bardzo ładna kontrę. Jeden zawodnik zabiera się z pilka przed swoim polem karnym przebiega poł boiska, wypuszcza pilke między obróńcami, bieże ich na obieg i zagrywa do środka do nadbiegającego Sebastiana Sobolewskiego. Zawodnik który wszedł w drugiej połowie rzuca się ofiarnie wślizgiem i strzela gola na 2:1 a poźniej rzuca się ze szczęscia w ramiona swoich kolegów stojących za boiskiem. Radość nie trwała długo. Ładnie przeprowadzona akcja Świtu z lewej strony, zagranie wzdłuż bramki a tam już czekał Piotr Strzelecki, który dopełnił tylko formalności. Wszyscy już liczyli się z karnymi i dogrywką, jednak na pięć minut przed końcem meczu Sobolewski wpadł się w pole karne rywali jak diabeł tasmański i .. został przewrócony. Nie był to karny z cyklu, że powalili "go ola Boga nie wiadomo jak" ,jednak napastnik zawsze szuka takich momentów gdy jest atakowany w polu karnym. Pewnym wykonawcą "jedenastki" okazał się Bartosz Fornal. W końcówce rywale jeszcze atakowali, mieli dwa rzuty rożne, jednak nic z tego nie wyszło. Tak jak przez cały mecz atakowali ale trochę nie poradnie dużo podań było do tyłu albo w bok zamiast do przodu zdobywając teren. 
Sędzia w końcu gwizdnął a  wszyscy piłkarze Sarmaty wbiegli na boisko śpiewając "Puchar jest nasz". 

Sarmata Warszawa - GKS Świt Warszawa 3:2 (1:1)
Jarosław Kopeć trener RKS Sarmata powiedział: Awans to bardzo fantastyczne uczucie zwłaszcza, że chłopaki grali od 18 minuty w dziesięciu. Nie wiem czy czerwona kartka zasłużona czy nie. Chłopaki dali z siebie wszystko i jestem zadowolony z ich postawy. Staraliśmy się dobrze ustawiać, chociaż ta kartka nam utrudniła grę. Stąd ta zmiana w przerwie, żeby grać na Krzysia Sobolewskiego, który wykonał w ofensywie kawał dobrej roboty.
 

           

poniedziałek, 10 września 2012

IFQ Warszawa z forum po Puchar Polski

Trwają rozgrywki o Puchar Polski... na szczeblu mazowieckim. Do drugiej rundy awansowała tylko jedna drużyna nie grająca na co dzień w żadnej lidze. Jest to IFQ Warszawa. Już sama nazwa wskazuje, że jest  to klub mający coś wspólnego z internetowym forum. I nie mylą się czytelnicy. Grupa znajomych ze świata wirtualnego postanowiła spróbować swoich sił w realu... co prawda nie chodzi o Real Madryt, ale wciąż w grę wchodzi piłka nożna i sprawdzenie swoich umiejętności. Jak im idzie? 

"Pomysł zrodził się spontanicznie w głowie jednego z nas jakiś rok temu. Widzieliśmy, że w PP startują drużyny niezrzeszone w rodzaju Canal+ Warszawa czy Niebieskiej Wiodącej Mocy (cokolwiek to jest),więc pomyśleliśmy, że i my moglibyśmy spróbować" - mówi Adrian Lewandowski jeden z zawodników IFQ Warszawa. " Mieliśmy liczną społeczność skupioną wokół forum piłkarskiego, część użytkowników bawiła się mniej lub bardziej profesjonalnie w futbol (najlepsi ocierali się o IV ligę). Pomysł spotkał się z dużym entuzjazmem, a dodatkowo w MZPN nikt nam nie robił problemów"- dodaje gracz. 
Na pierwszego przeciwnika los wyznaczył im grającą w B klasie Victorię Zerzeń. Spotkanie wywołało dużą mobilizację, zgłosiło się około 30 zawodników, drużyna przygotowała koszulki z nazwiskami żeby wszystko wyglądało profesjonalnie. Ponieważ w  Warszawie mieszka tylko 9-10 zawodników a reszta rozsiana jest po Polsce więc nawet zaplanowano przed meczem krótkie zgrupowanie, żeby lepiej przygotować się na mecz z Victorią i być może odnieść victorie."Niestety wtedy wszystko się popsuło, bo nasi rywale wycofali się z PP (nie wiadomo dlaczego, w lidze grają) i wygraliśmy walkowerem. Co gorsza, dowiedzieliśmy się o tym dwa dni przed meczem, gdy już chłopaki zaczęły zjeżdżać z Polski na coś a'la "zgrupowanie". Szkoda, bo z B-klasową drużyną złożoną z młodych piłkarzy moglibyśmy powalczyć, a jeśli przegrać, to niewysoko. Poza tym sama idea gry w Pucharze była ekscytująca"- mówi Adrian Lewandowski.
koszulki IFQ Warszawa/ źródło facebook.com
Teraz w II rundzie los przydzielił im grające w Lidze Okręgowej UKS AON Sante Rembertów. Nie ma co ukrywać , że liga okręgowa to dużo wyższe wymagania i u Adriana pojawiła się obawa że mogą zostać " rozjedzie nas bez trudu". Dodatkowo pojawiły się problemy kadrowe, gdyż o ile na pierwszy mecz pod koniec sierpnia nie było problemem się zebrać tak we wrześniu już jest trudniej. Cześć ludzi studiuje i ma poprawki ( kampania wrześniowa) a cześć pracuje i środowy termin meczu nie jest im na rękę. Nie jest też jasne miejsce rozegranie meczu, pierwotnie mecz miał być rozegrany na Olimpii ale jak mówi Adrian "Mieliśmy tam kontakty, ale sprawa się rypła z dziwnych powodów i będziemy się starali dogadać z AON, by zagrać u nich. O ile mecz w ogóle dojdzie do skutku, bo możemy mieć problem z zebraniem tych 12-13 piłkarzy ".  
Chociaż piłkarzom IFQ Warszawa zdaje się opadać entuzjazm zwłaszcza, że tego awansu tak na prawdę nie planowali, to jednak trzymam za nich kciuki. O awans będzie ciężko, bo przygotowanie fizyczne będzie po stronie drużyny z Ligi Okręgowej, ale przytoczę tu cytat św Augustyna "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą".  
  

sobota, 8 września 2012

Mityng Warszawski na AWF

W sobotę stadion lekkoatletyczny AWF tętnił życiem. Wszystko dzięki zawodom, które dosłownie jedne po drugich odbywały się tego dnia na tej arenie. Tętno u biegaczy było wysokie, skoki w dale odległe, wzwyż wysokie, kula i dysk również miały dalekie loty. Takie były przynajmniej zamiary. Wszystko w ramach Mistrzostw Mazowsza w Lekkiej Atletyce oraz Mityngu Warszawskiego.

Na początek mogliśmy obejrzeć jak radzą sobie młodzi zawodnicy urodzeni w roku 1997-98. Chociaż także dopuszczeni byli młodsi. Jak powiedział Krzysztof Wilkas, sekretarz sekretarz Okręgowego związku Lekkiej Atletyki w Warszawie " Młody narybek dzielnie stawał tu w szranki i padło tu wiele wartościowych wyników". Wszystko sprzyjało osiąganiu bardzo dobrym wyników. Pogoda była wyśmienita. Mi najbardziej podobał się bieg na 300 metrów rozgrywany jakby poza Mistrzostwami w którym wygrał Paweł Walczuk z UKS Kusego Warszawa. Dobre, mocne tempo biegu. Rywal tuż za plecami. To się mogło podobać. Na sam koniec rozegrano jeszcze sztafety 4x100 metrów. Chociaż w tym czasie już trwały zmagania dorosłych oszczepników i kulomiotów. Biegacze - seniorzy musieli poczekać aż swoje zawody skończą młodzicy, a że było opóźnienie więc rozgrzewali się spokojnie i oglądali zmagania młodszych " kolegów po fachu".
W końcu jednak nadszedł i ich czas aby staneli w blokach. Pierwszą biegową konkurencją było sto metrów. Nie ma co się oszukiwać, w tym pierwszym jesiennym Mityngu wzięli udział zawodnicy, którzy byli po kontuzjach, którzy wracają do formy, albo jej szukają i nie pojechali na drużynowe Mistrzostwa Polski do Krakowa. Chociaż na AWF startowali też zawodnicy, którzy prezentują całkiem wysoki poziom a nie mają drużyn. Mityng widziałem już kilka razy mocniej obsadzony jednak mimo wszystko obejrzeć na żywo sportową rywalizację na żywo to zawsze frajda. W Mityngu Warszawskim wzięło udział prawie 300 zawodników m.in z AZS AWF, Legii, Polonii, Orła, Skry, Gwardii a także z Ostrołęki, Płońska i innych Mazowieckich miast.
Jest to już prawie końcówka sezonu lekko atletycznego. Pod koniec września w Warszawie rozegrany zostanie finał ligi juniorów. 

  
 
    

"Ekstraklasa" dała lekcję

Rzadko futsaliści I ligowego AZS Uniwersytetu Warszawskiego mają okazję rywalizować z rywalem grającym w Ekstraklasie. Od czasu spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej w sezonie 2008/2009, "akademicy" zagrali z wyżej notowanym rywalem tylko raz. W 2011 roku w 1/16 Pucharu Polski ulegli Kupczykowi Kraków 2:5. Teraz podejmowali Gattę Zduńska Wola. Chociaż mecz był tylko sparingowy to jednak pojedynek z ekstraklasowym rywalem zapowiadał wysoki poziom spotkania. I faktycznie tak było.

Gospodarze na parkiecie wyszli w składzie : w bramce - Michał Kozłowski, w polu Rafał Klimkowski (grający trener) oraz Grzegorz Och, Rafał Grzyb i Maciej Piwowarczyk. Początek  rywalizacji był wyrównany. Swoje akcje miał zarówno AZS jak i rywale. Widać było jednak, że po woli ta szala przechyla się na stronę przyjezdnych. Byli szybsi, bardziej wybiegani, mieli więcej schematów do rozegrania akcji. Podchodzili wysoko pressingiem pod pole karne UW i uniemożliwiali im rozegranie piłki. Gospodarze próbowali, więc wyjść z pod krycia i próbować dwójkowymi akcjami swoich szans...póki starczyło sił na grę z takim rywalem. W 13 minucie jednak gospodarze zostali "napoczęci". Pierwszy strzał Michał Kozłowski obronił ale przy dobitce Michała Marciniaka nie miał szans. W tej samej minucie, kiedy zawodnicy AZS UW jeszcze wyjaśniali sobie jakieś sporne rzeczy na boisku padł gol na 2:0. Mariusz Milewski, reprezentant Polski w futsalu, który przygodę z halą zaczynał właśnie w AZS UW a  na trawiastych boiskach grał w KS Piaseczno i Gwardii, huknął z dystansu w swoim stylu. Obrona na moment straciła koncentrację, nikt nie i tak to musiało się skończyć. Na szczęście AZS UW nie pozwolił odjechać rozpędzającym się jak lokomotywa rywalom. Kontakt z nimi złapał Dominik Majewski, który udanie zamknął akcję Nikodema Starka.Końcówka pierwszej połowy to był najlepszy okres gry AZS. Wtedy to gospodarze dłużej utrzymali się przy piłce, próbowali rozegrać swoje rozwiązania taktyczne a nie tylko "szarpać kontrami". Byli nawet blisko remisu jednak strzał w pole karne złapał bramkarz gości. Szkoda bo na tę piłkę czaił się Rafał Grzyb i chciał przeciąć jej tor lotu, zabrakło centymetrów. Nie był to jednak koniec bramek w tym meczu. 
W drugiej połowie AZS zmienił bramkarza i za dobrze broniącego Kozłowskiego wszedł Paweł Stryjek. Początek tej części gry nie miał już takiego okresu nabierania rozpędu. Gatta od początku atakowała pressingiem. W 27 minucie goście wykonywali rzut rożny, bardzo ładny lob, który lekko przeleciał przez całe pole karne. Po drugiej stronie stał już Marcin Olejniczak. On czekał na to i wiedział co ma z tym z robić. Ładnie uderzył w długi róg nie dając szans bramkarzowi. Po kilku sekundach Przemysław Cegiełko mógł strzelić samobójczą bramkę wślizgiem przecinając zagraną w pole karne piłkę, ale ta jakby dostała jakiegoś wiatru bocznego na hali i wyszła po za słupek. W 33 minucie Michał Marciniak uderzył z przed pola karnego, bardzo niespodziewanie, wszyscy zawodnicy UW dali zepchnąć się w swoje pole karne, czym utrudnili pole widzenia piłki Stryjkowi. Jeśli komuś mało emocji musi jeszcze wytrzymać! Na 5:1 podwyższył Milewski, który zamknął szarżę kolegi z zespołu z lewej strony parkietu i wpakował piłkę do pustej bramki.   Drugiego gola dla AZS zdobył Grzegorz Och, który pewnie wykonał przedłużony rzut karny. W 37 minucie spotkania kropkę nad I postawili jednak goście nazywani "Kocurami". W ostatniej minucie spotkania wyszli z klasyczną kontrą spotykaną na futsalowych parkietach czyli dwóch zawodników kontra bramkarz i obrońca, z łatwością rozklepali ich i Błażejowi Bujalskiemu nie pozostało nic jak strzelić do pustej bramki ustalając wynik na 6:2 dla Gatty. Warto dodać jeszcze, że mecz mimo iż był sparingowy to był bardzo zacięty o czym świadczy duża liczba fauli. Na koniec trenerzy jeszcze umówi się na czterominutową grę w przewadze z wycofanym bramkarzem. Gatta atakowała a jedynego gola w ciągu czterech minut zdobył Milewski.
Na pewno starcie z zespołem z Ekstraklasy było dobrą lekcją i pokazało ile dzieli AZS UW od najlepszych zespołów. Niestety gospodarzom w tym meczu nie udawało się na zbyt nie wiele, większość akcji była dwójkowa. Jakoś nie potrafili akademicy zagrać swoich schematów rozegrania akcji(oprócz końcówki pierwszej połowy), może zabrakło siły albo po prostu tak wiele jest prawdy w stwierdzeniu, że gra się tak jak przeciwnik pozwala. Trzeba jednak pracować na treningach bo wszystko jest do zrobienia zwłaszcza, że AZS jest do dopiero na początku przygotowań do sezonu a Gatta tuż przed startem Ekstraklasy.. 

Po meczu Mariusz Milewski ( były zawodnik AZS UW, obecnie Gatta Zduńska Wola, reprezentant Polski) powiedział : Na pewno AZS postawił poprzeczkę nam dość wysoko, grali na prawdę nieźle w futsal. Widać, że to nie jest jakaś tam drużyna z przypadku. Zagraliśmy kilka sparingów z zespołami z I ligi i II ale żaden nie grał tak dobrze futsalowo jak AZS. Mecz był ciężki, wynik jest jaki jest bo nam nie wypadało tu nie wygrać. Ale cieszę że mogliśmy tu zagrać, zwłaszcza że jestem u siebie w mieście. Jedna podstawowa różnica między zespołem I ligi a Ekstraklasy to są finanse. My nie gramy tylko i wyłącznie dla przyjemności tylko i dla zabawy, tylko my na tym zarabiamy. Nie można tego ukrywać, my mamy z tego pensje, i trochę inaczej do tego podchodzimy. Nie trenujemy raz w tygodniu czy dwa, tylko znacznie więcej. Co do różnic taktycznych, na pewno ma to duży wpływ. Było widać że my stałe fragmenty mamy bardzo dobrze wyćwiczone. AZS też próbował ale im nie wychodziło może tak jak na treningach.    
   

  

czwartek, 6 września 2012

"Umowy nie gwarantują wypłacalności"- wywiad z wiceprezesem AZS Politechniki Marcinem Bańcerowskim

Myśleliście, że łatwo jest być w zarządzie klubu i tylko kasować co miesiąc kilka zer po przecinku. Może na Zachodzie tak ale nie w Warszawie. Zapraszam na wywiad z Marcinem Bańcerowskim, wiceprezesm AZS Politechniki Warszawskiej z którym rozmawiałem o trudach prowadzenia klubu, kryzysie, samorządzie, i nadziejach na lepsze jutro. Nie mogło też zabraknąć w tym wszystkim najważniejszego, czyli siatkówki i sportu.   

R.Z.: W rozmowie z w Prezesem skupimy się na sprawach organizacyjnych. W zeszłym sezonie AZS Politechnika miała wiele problemów właśnie pozasportowych. Zaległe płatności, zamknięcie sekcji piłki ręcznej, problemy koszykarzy. Czy są szanse, żeby w tym sezonie było lepiej? 
M.B.: Są przesłanki ku temu, żeby było lepiej. Mamy świadomość tego, że żyjemy w czasie kryzysu gospodarczego i nawet podpisane umowy nie gwarantują wypłacalności. Niestety, obieg gotówki jest bardzo słaby. Firmy zalegają innym firmom wypłaty. Jeśli się sytuacja nie zmieni to żadna umowa nie gwarantuje teraz jej realizacji. Chociaż jak powiedziałem na wstępie, są przesłanki ku temu, żeby myśleć żeby było bardzo dobrze w tym sezonie. To powinno okazać się w przeciągi dwóch tygodni. A na pewno do startu ligi. 

R.Z.: Czy będzie jakiś sponsor tytularny w tym sezonie? 
M.B.: Jest na to duża szansa.  

R.Z.: Jakiś czas temu rozmawialiśmy z prezesem o tym, że AZS PW ma ambicje stworzenia największego wielosekcyjnego klubu w Polsce. W którym będzie siatkówka mężczyzn, piłka ręczna, koszykówka na poziomie Ekstraklasy. Niestety nie ma już piłki ręcznej i koszykówki. Co zawiodło?
M.B.: Rzeczywiście, może mieliśmy zbyt ambitny plan realizacji tego od razu nie mając zbyt silnych podstaw finansowych. Chociaż kiedy podpisywaliśmy umowy do współpracy weszły trzy nowe silne firmy jak Mostostal, Imtech i Bilfinger Berger. Wydawało się, że ten plan zrealizujemy, bo mieliśmy zabezpieczenia finansowe na to. Jednak kryzys, który szczególnie uderzył  w branże budowlaną spowodował , że ci nasi "darczyńcy", czy reklamodawcy musieli ograniczyć wydatki na reklamę. Co za tym idzie nie było zrealizowania zakładanych projektów czyli trzech drużyn w Ekstraklasie. Sportowo było to możliwe i realizowaliśmy ten plan w stu procentach bo w pierwszym roku realizacji planu siatkarze zajęli piąte miejsce i awansowali do Pucharów Europejskich, zespół koszykarzy awansował do Ekstraklasy a piłkarze ręczni zajęli wtedy trzecie miejsce mając szanse na udział w barażach. Siatkarki natomiast awansowały wtedy do czwórki. Niestety nie było wsparcia prywatnego ani samorządu , który mógłby tą inicjatywę wesprzeć co uważam że jest błędem bo rolą samorządu jest wspieranie sportu. Nie mówię tu już o naszym przykładzie, ale pozwolono też upaść tak wspaniałemu projektowi jak Polonia 2011. Projektowi, który teraz pokazuje jaki był świetny, bo chyba połowa kadry w koszykówce to zawodnicy wychowani w tym projekcie. Projekt ten dawał Mistrzostwa Polski juniorów, awansował do Ekstraklasy i w niej grał. Każdy we własnym sumieniu musi sobie odpowiedzieć na pytanie "Ile zrobiłem,żeby to wszystko się powiodło?". 
 
R.Z.: Zaczęliśmy już wątek samorządu. Dobrze Prezes wie, że ja jest za tym żeby sport kwalifikowany nie był dotowany z miasta. Infrastruktura oraz sport dzieci - tak ale na seniorów już powinien klub umieć pozyskać pieniądze. Prezes natomiast jest za tym, żeby profesjonalny sport także finansowało miasto. Dlaczego? 
M.B.: Trzeba sobie określić czym jest wspieranie sportu profesjonalnego. Czy to jest sponsorowanie? Czy to jest oddziaływanie społeczne? Drużyna zespół sportowy pełni dwie role. Pierwsza rola to reklamowa. miasto promuje się poprzez sport uzyskuje konkretne wartości reklamowe.Czy powinno?Może-nie musi.Według mnie ważniejszą rola klubu jest działanie społeczne czyli stworzenie tożsamości społecznej poprzez zbudowanie silnego zespołu. Ludzie chętnie utożsamiają się z sukcesem. Mamy widowisko na które przychodzą całe rodziny. Kolejną ważną rzeczą o czym należy pamiętać jest to, żeby sport dzieci i młodzieży był na wysokim poziomie, ta młodzież musi widzieć cel. Tym celem jest właśnie zespól grający w mieście. To powoduje, że do dyscypliny garnie się więcej dzieciaków. Każdy może sam sobie odpowiedzieć czy pewien dotować czy nie powinien? Miasto przecież i tak się promuje przez banery czy przez zespół, który pełni role społeczną. moja opinią jest taka że miasto powinno, ale pewnie wielu jest taka ja Pana, że nie powinno. Jest to trudny temat. Inne miasta w dużej części dotując sport, budują swoją tożsamość. Warszawa rzeczywiście nie musi się promować, ale mimo wszystko to robi, wydaje pieniądze na promocje. Ja zostaje przy swoim zdaniu, że miasto powinno budować system rozwoju dyscypliny na szczycie, którego będzie zespół ligowy. Samorząd powinien określić ścieżkę rozwoju zawodnika, który przychodzi do młodzików. Jak będzie wyglądała jego kariera jak będzie dobry a jak będzie gorszy. Jest to na pewno trudne w tak dużym mieście, ale do zrobienia.

R.Z.: Porozmawiajmy teraz o tych zawodnikach których kariera zaprowadziła już do Plus Ligi. Wielu dobrych, średnich i przyzwoitych zawodników jest wciąż bez klubów. Decydują się nawet grać za małe pieniądze. Nawet nie którzy znani gracze do AZS PW się odzywali proponując swoją grę. 
M.B.: Nie jest do końca prawdą, że ceny wynagrodzeń spadły. Nie którym, tym najlepszym mogły się podwyższyć. Ale niepewna sytuacja z Fartem Kielce i ogólnie trudna sytuacja klubów i to nie tylko tych z Plus Ligi ale tak samo jest w innych dyscyplinach sprawiły, że poziom zarobków spadł. Trzeba też pamiętać o tym, że co roku tych zawodników jest więcej i jeśli będzie utrzymany poziom, że będą przychodzili bardzo dobrzy zagraniczni zawodnicy a do tego młodzi zawodnicy będą debiutowali to będzie z korzyścią dla całej siatkówki gdyż będzie wybór z większej ilości profesjonalnych zawodników.

R.Z.: Na koniec pytanie o Memoriał Krzysztofa Kowalczyka (21-23.09). Trochę zaskoczyło mnie , że to turniej siatkówki kobiet.    
M.B.: Jeśli chodzi o Memoriał w męskiej siatkówce to bezdyskusyjny prym wiedzie Memoriał Ambroziaka. Dlatego myśleliśmy żeby zrobić Memoriał trenera Kowalczyka w styczniu ale to taki okres, że nie wiadomo czy będzie wolny termin czy nie. Dlatego będzie rozgrywany równocześnie z Memoriałem Zdzisława Ambroziaka. Trener Kowalczyk był związany z AWF, Uniwersytetem Warszawskim, więc zrobiliśmy taki AZS-owy turniej. Już od dawna myśleliśmy o tym turnieju.Chcemy upamiętnić naszego zmarłego trenera. Zapraszam wszystkich na ten Memoriał.